Duszpasterstwo

Studio Makarioi

Studio Makarioi

Gościmy

Odwiedza nas 30 gości

Księga gości

Parafia św. Anny
Grabowo Kościerskie

Humanistyka dzisiaj
Można powiedzieć, że zaszczytna nagroda, którą dzisiaj odbieram, ma w sobie pewien rys ironiczny, zważywszy na ogólniejsze okoliczności, jakie jej towarzyszą. Oto ja odbieram nagrodę za osiągnięcia w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych, tymczasem na wydziałach polskich uniwersytetów zamyka się kolejne kierunki studiów humanistycznych.
 
Zresztą to, co dzieje się z wydziałami humanistycznymi w Polsce, dzieje się nie tylko w Polsce. Mówi się, że niepokojące posunięcia podyktowane są względami demograficznymi. Nie jest jednak pewne, czy rzeczywiście sprawy tak wyglądają do końca. Swojego czasu tendencja do redukowania znaczenia nauk humanistycznych znalazła wyraz na przykład w twardych decyzjach Margaret Thatcher, która miała podobno - jak mi kiedyś opowiadano - któregoś dnia podczas swojego urzędowania oświadczyć, że jeśli ktoś chce studiować historię czy literaturę, może to robić w niedzielę po pracy w fabryce, a nie na uniwersytecie, bo uniwersytet powinien być wytwórnią pracowników dla banków, firm i korporacji.
 
Stajemy zatem przed pytaniem podstawowym, czy niepokojące zjawiska, których jesteśmy świadkami, są skutkiem chwilowych tylko okoliczności, czy raczej mają charakter systemowy, to znaczy: czy kształcenie i wychowanie humanistyczne jest w jakiejś mierze sprzeczne z samą istotą naszego świata na pewnym etapie rozwoju tej formacji i to właśnie mechanizmy systemu leżą u postaw tego, co dzieje się w Polsce i innych krajach cywilizacji zachodniej.
 
Czy uniwersytety powinny być fabrykami pracowników dla banków i korporacji, sprytnych, bystrych młodzieńców, którzy mają wiedzieć, jak zniszczyć konkurencyjną firmę, odebrać jej klientów, wyprzeć konkurencję z rynku, opanować target, pozbawić pracowników konkurencyjnej firmy zarobków i pracy, zręcznie przechwytując pieniądze, które tamci mogliby zarobić? Czy świat wartości, na jakich opiera się np. kapitalizm korporacyjny, harmonizuje z tym, co nazywamy wychowaniem humanistycznym? Jak mają się do siebie czytanie i studiowanie twórczości Wisławy Szymborskiej czy księdza Jana Twardowskiego z jednej strony, a z drugiej mentalność pracowników wielkich banków, którzy dobrze wiedzą, że jeśli nie będą wprowadzać w błąd klientów dla dobra firmy, ukrywając przed nimi pułapki zawarte w paragrafach umowy, mogą stracić pracę, czy mentalność pracowników koncernów farmaceutycznych, którzy rozpowszechniają fałszywe wiadomości o światowej epidemii świńskiej grypy, by zarobić miliardy dolarów na sprzedaży szczepionek wpędzonym w przerażenie klientom? Jaki typ człowieka wytwarza system korporacyjny, to znaczy, jakie cechy powinien posiadać człowiek, by skutecznie funkcjonować na wolnym rynku i jak ma się do tego uniwersytecka edukacja? Czy obok cech sympatycznych nie powinien on posiadać także cech wielce niesympatycznych, które niewiele mają wspólnego z etyczną mądrością Ewangelii? Jak działałyby wielkie koncerny przemysłowe, banki, korporacje i globalne sieci handlowe, gdyby w swojej działalności zaczęły kierować się wartościami humanistycznymi i chrystusową nauką o miłości bliźniego?
 
Oczywiście, że uniwersytety powinny być fabryką pracowników dla banków i korporacji - ale, dodajmy, nie tylko. Prawdziwe uniwersytety są centrami kultury promieniującymi na życie społeczne, nie tylko szkołami zawodowymi. Celem uniwersytetu jest poszukiwanie prawdy. To jest jego cel najważniejszy, o którym czasem zapominamy. Uniwersytety powinny trzymać się z dala od polityki, ale powinny kształcić ludzi na dobrych polityków. Bez nauk humanistycznych nie może być o tym mowy. Nauki humanistyczne zajmują się bowiem pytaniami podstawowymi: co robimy tutaj, na tej Ziemi, skąd się wzięliśmy i co powinniśmy tutaj robić. Odpowiedzi na te pytania nie są możliwe do sformułowania w języku nauk ścisłych. Nie daje ich ani matematyka, ani fizyka, ani chemia, ani nawet biologia. W tym sensie nauk humanistycznych nie da się niczym zastąpić. Sednem humanistyki jest refleksja nad sensem istnienia. Podobna refleksja jest sednem religii, ale humanistyka stara się na te pytania odpowiadać językiem racjonalnego myślenia, a nie językiem aktów wiary. Można wiedzieć doskonale, jak wyprodukować nowy stop metali, wyhodować nową odmianę roślin transgenicznych, skonstruować nowy typ mostu albo samochodu, wszystko to jednak traci wszelkie znaczenie, jeśli brak nam odpowiedzi na pytanie, po co to wszystko.
 
Nauki humanistyczne mają też podstawowe znaczenie dla demokracji. Dobre studia humanistyczne uczą, jak rozumieć innych ludzi, co jest umiejętnością niezmiernie trudną i wymaga wieloletniego treningu, a jest konieczne w przypadku rządzenia i kierowania ludźmi. Badanie literatury jest nie tylko intelektualną przyjemnością, ale też badaniem różnych sposobów ludzkiego myślenia, uczy ono, dlaczego ludzie myślą w taki, a nie inny sposób, jaka jest forma i funkcja ludzkiej myśli w różnych sytuacjach życia. Studia humanistyczne przeciwdziałają wszelkiej indoktrynacji, jeśli są prawdziwymi studiami humanistycznymi. Uczą ciekawości dla tego, co różnorodne i odmienne, oraz technik interpretacji ludzkich zachowań swoistych dla różnych kultur, co ważne jest dla kontaktów międzynarodowych. Socjologia i nauki historyczne są tutaj nie do zastąpienia. Społeczeństwa, które nie mają pamięci, zwykle powtarzają stare błędy, nie wiedząc o tym, że je powtarzają. Każdy wykształcony człowiek powinien wiedzieć nie tylko z jakich pierwiastków składa się woda, co oznacza zapis E = mc2, czy jakie są mechanizmy dziedziczenia chorób nowotworowych, powinien wiedzieć też, na czym polegał mechanizm przemiany republiki weimarskiej w nazistowskie państwo Hitlera i czym charakteryzuje się np. struktura myślenia faszystowskiego, by umieć rozpoznać jej elementy nawet tam, gdzie się ich najmniej spodziewamy. Znajomość mechanizmów przemiany państwa demokratycznego w państwo totalitarne powinna być elementarną wiedzą nie tylko każdego człowieka wykształconego, lecz i każdego licealisty, a nawet robotnika, podobnie jak znajomość mechanizmów przemiany ciał ciekłych w ciała stałe i odwrotnie.
 
Istnienie takich nagród jak nagroda naukowa im. Heweliusza w dziedzinie nauk humanistycznych i społecznych jest dla mnie znakiem, że nie wszystko jest jeszcze stracone. To znaczy, że wciąż istnieją ludzie, którzy rozumieją, jak poważnym niebezpieczeństwem jest perspektywa powstania społeczeństwa niezdolnego do zracjonalizowanej refleksji nad tym, co w ludzkim życiu najważniejsze, bo i takie społeczeństwo można sobie wyobrazić. Cieszy mnie, że są w Gdańsku ludzie, którzy rozumieją te sprawy. Chciałbym im podziękować za zaszczytne wyróżnienie nie tylko w imieniu własnym, lecz także w imieniu tych wszystkich - szczególnie młodych ludzi zajmujących się twórczością naukową - dla których nagroda ta jest dowodem, że warto i trzeba obok nauk ścisłych i przyrodniczych rozwijać też nauki humanistyczne.
Żądanie, by wydziały humanistyczne były rentowne, a nawet by przynosiły zyski, jest absurdem, trzeba to powiedzieć dobitnie i wyraźnie. Dobra humanistyka - podobnie jak dobra muzyka - łagodzi obyczaje, także obyczaje naszego świata. Jeśli ktoś powie, że to jest mała sprawa, na którą szkoda pieniędzy, to on nie wie, co mówi, bo łagodzenie obyczajów to jest jedna z najważniejszych spraw na Ziemi. 
 
Cały tekst:
http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,15351485,Heweliusz_w_rekach_Chwina.html#ixzz2rjJXSFfJ

 

 "Kulturę zabija pilot od telewizora" podkreśla: "(...) zamiast o inteligencji, wolę mówić o mniejszości intelektualnej. (...) To niewielka grupa ludzi, którzy odczuwają palącą potrzebę ciągłego obcowania z kulturą wysoką. (...) Jej głównym celem jest przetrwanie w skomercjalizowanym świecie rozwiniętego kapitalizmu, co zresztą wcale nie jest takie łatwe. (...) Kulturę wysoką zabija kultura pilota od telewizora. Społeczeństwo masowe jednym ruchem palca likwiduje programy związane z kulturą wysoką, bo takie są reguły kapitalizmu. Na program o literaturze jest miejsce po północy. To ma wpływ na ludzi młodych, dla których telewizja jest naturalnym środowiskiem, jak powietrze. Całe szczęście, że jeszcze istnieją biblioteki i księgarnie, ale one też padają jedne po drugich. (...) Główne gazety jeszcze przeznaczają kolumny na treści z dawnymi intelektualnymi ambicjami. Ale mało kto to czyta. (...) Topnienie liczby czytelników dodatków kulturalnych do gazet to sprawa poważna. Mniejszość intelektualna ma tendencję do zanikania. Należy chronić ją tak jak ginące gatunki roślin w Tatrach. (...) Za symptom zmian uważam zesłanie kultury wysokiej w telewizji publicznej do niszowej TVP Kultura. Dwa ogólnopolskie programy, czyli Jedynkę i Dwójkę, oczyszczono z audycji wysokich. Można na nie trafić jedynie w Kulturze, którą jednak ogląda niewielka część Polaków. (...)" 
Mogę jeszcze dodać do tej ponurej, ale prawdziwej diagnozy, że oprócz wspomnianych przez Pisarza bibliotek i księgarń w wolnej niepodległej Polsce zlikwidowano dziesiątki tysięcy żłobków, przedszkoli, szkół i domów kultury. Najgorsze jest to, że proces likwidacji wszelkich placówek kulturalnych trwa nadal.

W "Dzienniku Bałtyckim" (z 6-go lipca 2011 r., str. 23) 

Marek Górlikowski: Uważa pan, że wielu ludzi dzisiaj w Polsce czuje, że nie ma wpływu na cokolwiek.
Stefan Chwin, pisarz, literaturoznawca: Ja też mam takie poczucie. Dotkliwe poczucie bezsilności i bezbronności jednostki to jest bardzo poważne wyzwanie dla demokracji, szczególnie jeśli dotyczy ludzi młodych. Kiedy ktoś czuje się zupełnie bezbronny w obliczu pracodawcy czy pewnego siebie, lekceważącego go urzędnika i wie, że może wylecieć z pracy w każdej chwili, to na meczu, na ulicy albo na "wrogim wykładzie" musi to odreagować, wybuchając jak petarda, którą trzyma w ręku. Kiedy wybucha, poczucie bezsilności na moment znika. Ja się w ogóle nie dziwię, że w ten sposób zachowują się kibice, i żadne ustawy tego nie zmienią, dopóki źródłem podobnych zachowań będzie kompleks bezsilności i bezbronności. I właśnie w takiej sytuacji przychodzi do nas ktoś, kto proponuje potężną Wielką Polskę. Wystarczy wsłuchać się w słowa: będziecie "Ruchem", "Wielkiej", "Polski". "Wrogowie będą się was bali, a skoro będą się was bali, staniecie się silni". Demokracja, niestety, nie zna słów dających podobne poczucie mocy. Nie tylko "ludzie prości", lecz także część polskiej inteligencji chłonie dziś takie słowa jak gąbka.

Bo zapraszają do wspólnoty, której ludzie nie mają na co dzień?
Nie tylko do wspólnoty, chodzi także o złudne poczucie indywidualnej i zbiorowej mocy uwalniające choćby na moment od codziennego poczucia bezsilności. To ono prowadzi do skrajnych zachowań. Wszystko to razem przypomina mi trochę to, co wiemy o roku 1933 w Niemczech.
 
Nawołuje pan inteligenta, żeby nauczył się bronić przed agresywnymi zachowaniami. Nie obawia się pan jednak, że wykształcenie inteligenta na "przemocowego" doprowadzi do eskalacji tej przemocy? Nie lepiej debatować, rozmawiać, przekonywać?
- Nie chcę żadnego "wykształcenia inteligenta na przemocowego", chciałbym tylko, żeby inteligent umiał bronić samego siebie, to znaczy nie miał psychiki człowieka bezbronnego, a obecne ideały wychowawcze temu nie sprzyjają, bo zupełnie zapominają o tym, że nasze życie toczy się w przestrzeni rzeczywistych konfliktów, tylko częściowo negocjowalnych oraz nienegocjowalnych wcale, i że ludzi trzeba do życia w takiej przestrzeni przygotowywać. Założenie, że wszystko można wynegocjować, wydebatować, wydyskutować, jest niezgodne z realną rzeczywistością. Jak przygotowywać ludzi do życia w przestrzeni konfliktu - nie wiem.

Ale na pewno uczyć asertywności, woli samostanowienia, umiejętności przeciwstawiania się temu, co niesprawiedliwe, wzmacniać siłę charakteru, premiować odwagę cywilną i wolę niezależności, to znaczy nie karać za wspomniane wyżej przymioty, które nauczyciele często uważają za uciążliwe w praktyce szkolnej. W 2011 roku bardzo mnie poruszył stosunek sił między Marszem Niepodległości a liczebnością Kolorowej Niepodległej. Dziesiątki tysięcy kontra garstka na placu Konstytucji. Uważam, że to już był sygnał zmian bardzo poważnych. Martwi mnie słaba społeczna widzialność liberalno-demokratycznej alternatywy.

Zastanawiał się pan, jakie są tego przyczyny?
- Są oczywiście różne, warto wskazać na niektóre z nich. Platforma i w ogóle inteligencja liberalna, a także inteligencja lewicowa popełniły kilka elementarnych błędów, za które teraz płacimy. Pierwszy to zgoda na przechwycenie dyskursu patriotycznego przez polską prawicę. To się dokonało za jakimś takim dziwnym luzackim przyzwoleniem strony liberalnej i lewicowej, w imię hasła: "Co my tam, nowocześni, racjonalni, europejscy, będziemy sobie głowę zawracać jakimiś archaicznymi, śmiechu wartymi reliktami świadomości polskiej". Należało nie wycofywać się z dyskursu patriotycznego, tylko stworzyć dyskurs alternatywny. Tymczasem Platformie wymknął się język imponderabiliów.

W jakim sensie?
- "Żyjemy w nowoczesnych czasach, trzeba robić autostrady, dobre imprezy sportowe, ulepszać, co się da, unowocześniać, a wtedy wszystko będzie cacy". Ten sposób myślenia mocno przypomina tyrady inżyniera Młodziaka z "Ferdydurke". Tymczasem to jest grubo za mało jak na potrzeby polskiej mentalności. Polacy raczej siebie nie lubią, ale z drugiej strony kochają siebie jako ludzi, dla których honor jest czymś ważnym. Liberalno-demokratyczna inteligencja to zwykle racjonaliści lubiący sobie pożartować z absurdalności rozmaitych mitów, tymczasem polityka jest domeną uczuć. Wychodzenie z założenia, że Polakom wystarczy coś racjonalnie wytłumaczyć, przedstawić racjonalny program, pochwalić się wielkimi kwotami pieniędzy z Unii, to łudzenie się, że to wystarczy, by polską duszę nasycić. Swoje błędy popełniły też inteligencja lewicowa i feministyczna.

Jakie błędy?
- Ja tych ludzi szanuję i prywatnie lubię, oni mają dobre intencje, ale mimowolnie wpychają dużą część polskiego społeczeństwa w ręce prawicy.

To poważny zarzut, kogo i co konkretnie ma pan na myśli?
- Odpowiem metaforycznie. Wie pan, o czym by marzył Adolf Hitler w roku 1932?

Nie wiem.
- O Paradzie Równości, która by przeszła środkiem Berlina i wszystkich miast Republiki Weimarskiej. To by był dla niego dar z niebios po prostu. On by piał z zachwytu do swoich bogów germańskich, gdyby "kolorowość" wyszła na niemieckie ulice. Zresztą Republika Weimarska była intensywnie kolorowa, co bardzo mu pomogło w przeciągnięciu większości Niemców na "narodową" stronę.
 
Cały tekst: 

http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,35612,15046230,Stefan_Chwin__wiekszosc_kobiet_w_Polsce_wolalaby_.html#TRrelSST#ixzz2rmVqILLS

Parafia św. Anny w Grabowie Kościerskim

UWAGA! Ten serwis używa cookies i podobnych technologii.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem

Grabowo Kościerskie 2013